Unikaj deszczu, by nie zasnąć. „The Rain” – recenzja serialu

Kolejna produkcja Netflixa pochodzi tym razem ze Skandynawii, a konkretniej z Danii. Liczne materiały promocyjne obiecywały survivalowy serial o postapokaliptycznym świecie, gdzie to deszcz stanowi największe zagrożenie dla ludzkości. A co otrzymaliśmy? Kolejną produkcję, w której to nie jakiś zmutowany wirus sieje spustoszenie, ale, przytaczając pewne przysłowie, to człowiek człowiekowi wilkiem, a problemy nastolatków są tutaj najważniejsze. I jestem w stanie znaleźć trzynaście powodów, dlaczego nie powinniście zawracać sobie głowy tym serialem.
Zacznijmy jednak od początku…

The Rain rozpoczyna się od sceny w szkole. Główna bohaterka Simone wraz z przyjaciółmi przygotowuje się do ważnego egzaminu. Śmiechy, flirt i ni stąd, ni zowąd zjawia się ojciec dziewczyny i siłą wywleka ją z placówki. Następne sceny rozgrywają się w ekspresowym tempie. Widzimy, jak czteroosobowa rodzina próbuje przedostać się samochodem do bezpiecznego miejsca, niestety dochodzi do karambolu. W powietrzu czuć zapach nadciągającego deszczu, nie pozostaje więc nic innego, jak biegiem pokonać resztę drogi. Jakimś cudem bohaterom udaje się dostać do bunkra. Jednak w skutek pewnych wydarzeń ścieżki rodziny rozchodzą się, a podziemny schron na kolejne sześć lat staje się domem dla Simone i jej młodszego brata Rasmusa.

W końcu jednak rodzeństwo zmuszane zostaje do wyjścia na zewnątrz. Pod ich nieobecność świat zmienił się diametralnie. W powietrzu czuć zapach śmierci, jest szaro, brudno, no i trzeba unikać zakażonej wody. A także pozostałych ocalałych, którzy zachowują się niczym krwiożercze bestie, a dla zdobycia pożywienia są w stanie posunąć się nawet do ostateczności. Simone i Rasmus spotykają jednak grupkę podobnych im młodych osób i wspólnie wyruszają na poszukiwanie kolejnych bunkrów. Z biegiem czasu dowiadują się, że znajdują się w strefie kwarantanny, a droga do nieskażonych miejsc wiedzie za mur. Ich misją staje się nie tylko dotarcie do niego, ale również odnalezienie ojca rodzeństwa, być może jedynej nadziei na przetrwanie ludzkości. Muszą więc przebyć niebezpieczne terytoria, wystrzegać się deszczu i rozwiązać własne problemy, nim pogrążą się w szaleństwie.

Kadr z pierwszego sezonu „The Rain”
Miało być tak pięknie

Przyznam szczerze, że oczekiwałam historii podobnej do tej z pierwszego sezonu The 100. Spustoszony świat i nastolatkowie, którzy muszą radzić sobie w trudnych, spartańskich warunkach. O ile wspomniany wyżej serial posiadał jeszcze jakąś ciekawą koncepcję prowadzącą do licznych konkluzji, tak The Rain został ich całkowicie pozbawiony. Początkowy zamysł był interesujący, może nie oryginalny, ale naprawdę intrygujący: zabójczy wirus przenoszony w deszczu i postapokaliptyczny świat, w którym młodzi ludzie walczą o przetrwanie. Do tego potężna i złowroga korporacja (nieco przypominająca tę z Więźnia labiryntu) i inny, lepszy świat za murem (Niezgodna?). Niestety to jest Netflix. Już nieraz przekonałam się, że to, co oferuje nam on w licznych zwiastunach (na których, na dobrą sprawę, można by poprzestać), w rzeczywistości okazuje się ciągniętym na siłę melodramatem, mającym jednak swoje momenty.

I owszem, The Rain zawiera takie chwile, gdzie faktycznie czekałam z niecierpliwością na to, co stanie się dalej. Było ich jednak niewiele. Sam serial jest pełen nielogiczności i ogranych do bólu schematów. Problem deszczu i znajdującego się w nim wirusa miał stanowić fundament i najciekawszy punkt całej historii, w pewnym momencie został on jednak całkowicie zepchnięty na bok. Przez niemal cały czas zastanawiałam się nad jednym: skoro patogen jest w wodzie (sadzawki, jeziora – skażone), to z jakiej racji nie ma go we mgle. Skoro jeden z bohaterów prawie się zaraził, bo wszedł w kałużę, to dlaczego nikt nie przejmuje się wszędobylską rosą? Jak w ogóle ludzie są w stanie przeżyć na zewnątrz bez skafandrów? Nad tym można by debatować godzinami, a i tak pewnie nie doszlibyśmy do sensownych wniosków.

Powróćmy jednak do tego, co stanowi motyw przewodni całego serialu (i podkreślam, nie jest to deszcz) – problemów nastolatków. Pojawiają się typowe dla produkcji młodzieżowych trójkąty, a nawet czworokąty miłosne, chociaż przyznam, że te w The Rain zostały akurat poprowadzone bez zbędnej dramaturgii, co zaliczam na duży plus (i chyba jedyny). Jednak sami bohaterowie nie wykazali się zbytnią inteligencją, a ich kolejne działania zakrawały o głupotę. Natomiast samo zakończenie okazało się tak banalne i przewidywalne, że niemal cały odcinek spędziłam rozmyślając o innych sprawach, a nie skupiając się na wydarzeniach. Szkoda, bo potencjał był wielki, ale wyszło tak jak zwykle – dużo szumu, mało szału.

Kadr z pierwszego sezonu „The Rain”
Trudna młodzież

Co do samych bohaterów, już pomijając ich bezmyślność, to mamy zbieraninę dosyć ciekawych osobowości. Na pierwszy plan bezsprzecznie wysuwają się Simone i przywódca napotkanej grupy, Martin. Ją napędza miłość do młodszego brata, dla którego jest w stanie poświęcić wszystko, nawet własne życie. Jego z kolei dręczą wyrzuty sumienia spowodowane tym, czego nie był w stanie zrobić w przeszłości. Przez to odpycha od siebie ludzi i próbuje robić z siebie bezwzględnego, pozbawionego skrupułów „dorosłego” mężczyznę (chociaż w pewnym momencie ta maska opada i widzimy porządnego człowieka, który jednak przejmuje się losem innych). Pomiędzy tą dwójką pojawia się wyraźna, niewymuszona chemia, co tylko wychodzi The Rain na dobre.

Dalej mamy jeszcze kilka postaci snujących się gdzieś na drugim planie (chociaż każdej z nich zostaje poświęcony jeden odcinek). I oczywiście Rasmusa – przez większą część czasu zachowuje się jak rozkapryszony gnojek. Jego miłość do Beatrice, a następnie nieudana próba samobójstwa wypadły tak kulawo, że zamiast mu współczuć, miałam ochotę pociągnąć za spust karabinu, aby skrócić jego cierpienie (może wtedy scenariusz ruszyłby z kopyta). Należy wspomnieć też o „złych” kolesiach i wielkiej korporacji. Nie zostało im poświęcone dużo czasu, jednak wprowadzili do serialu pewną aurę tajemniczości, a ich działania opierały się głównie na brutalnych metodach.

Kadr z pierwszego sezonu „The Rain”
Niech już nie pada

Nie mogę nazwać The Rain złym serialem, ale na pewno przeciętnym. Miał swoje momenty, które dawały jakieś nadzieje na przyszłość. Niestety zakończenie kompletnie pogrążyło produkcję i gdyby postanowiono nakręcić drugi sezon, to naprawdę nie wiem, co mógłby nam zaoferować.

Narzekać nie można jednak na stronę wizualną, bo faktycznie tutaj zadbano o odpowiednią postapokaliptyczną oprawę. Koniec końców, The Rain posiada jakiś tam potencjał, ale twórcy muszą w końcu skupić się na prawdziwym problemie, jaki stanowi zmutowany wirus, aniżeli tylko na warstwie młodzieżowej – bo takich seriali mamy już od grona.

Agnieszka Michalska

Agnieszka Michalska

Pasjonatka czarnej kawy i białej czekolady. Wielbicielka amerykańskich seriali i nienasycona czytelniczka książek, ale nie znosi romansów. Podróżuje rowerem i pisze fantastyczne powieści - innymi słowy architekt własnego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.