Poszukiwacze zaginionych Marsjan. „Upadłe anioły” – recenzja książki

Takeshi Kovacs to arogancki, nie do końca dający się lubić protagonista i nie da się już dłużej podtrzymać teorii, że jest po prostu idealnym bohaterem swojej konwencji. Tam bowiem, gdzie Modyfikowany węgiel wyraźnie wpisywał się w spopularyzowany oraz skodyfikowany przez Raymonda Chandlera format noir, Upadłym aniołom bliżej przygodówkom typu Indiana Jones. I od tego skojarzenia nie byłam w stanie się uwolnić przez całą powieść Richarda Morgana.
Nowa powłoka, nowe przygody

Tym razem Kovacs z własnej woli wplątał się w wojnę domową pomiędzy Joshuą Kempem a reprezentującymi Protektorat korporacjami, gdzieś w dalekim układzie Sanction IV. Układzie, dodajmy, bogatym w archeologiczne znaleziska po tajemniczych istotach, nazywanych przez ludzi Marsjanami. W świecie, w którym homo sapiens prawie osiągnęli nieśmiertelność, mogąc niemalże w nieskończoność zmieniać ciała, wojna jest jeszcze bardziej okrutna niż wcześniej. W pewnym momencie nawet uwarunkowany do radzenia sobie w tak trudnych warunkach były Emisariusz ma dość. Gdy po kolejnym łataniu powłoki spotyka w szpitalu polowym oferującego niemożliwe Jana Schneidera, jest gotów porzucić bezsensowną, krwawą wojnę, w której nie wiadomo już nawet, o co właściwie chodzi. Nowo poznany pilot oferuje naszemu głównemu bohaterowie możliwość odnalezienia i tym samym spieniężenia odkrytego przez archeolożkę, Tanyę Wardani statku Marsjan. Żeby jednak do niego dotrzeć, będą potrzebowali wsparcia – wielkiego, ogromnego i dysponującego sporym budżetem. A takiego udzielić im mogą jedynie Korporacje.

Nowa arka, te same poszukiwania

Upadłe anioły to sprawnie skonstruowana historia przygodowo-awanturnicza w kosmosie i z wyraźną obecnością elementów fantastyczno-naukowych. Znajdziemy w niej intrygi oraz intrygi w intrygach, wyścigi z czasem i innymi zainteresowanymi wielkim odkryciem Wardani, bo tacy oczywiście musieli się pojawić, a także damę w opałach, którą nasz dzielny bohater będzie mógł uratować. Chociaż tym razem tropiona jest nie biblijna Arka Przymierza a pozostałość po tajemniczej, nieznanej cywilizacji, to sam przebieg poszukiwań pozostaje niezmienny. Oczywiście możemy w tym miejscu zadać pytanie: Czy aby na pewno Arka Przymierza i statek Marsjan (jak i droga, która do niego prowadzi) nie pełnią dokładnie tej samej narracyjnej funkcji?

Richard Morgan ma dobre pióro – swoje powieści pisze sprawnie i wciągająco, a przede wszystkim całkiem klarownie. Wszelkie wprowadzane terminy z technologii świata przedstawionego zostają w większości zrozumiale wytłumaczone, acz, niestety, nie zawsze, co nie tyle buduje poczucie, że mamy do czynienia z mechanizmem tak skomplikowanym, że laik tego nie zrozumie, co irytuje z brakiem klarowności. Wciąż również posiada trudność w utrzymaniu takiego samego poziomu tempa akcji, chociaż w porównaniu z pierwszym tomem, ten jest bardziej równy. W mniejszej liczbie miejsc zatem odczujemy, że został niepotrzebnie „przegadany”.

Jakiś taki kijowy ten protagonista

Tym, co drażni w Upadłych aniołach, jest sam Kovacs – pewny siebie do poziomu nieznośnej arogancji, za często grający kartą Emisarjusza, wiedzący i przewidujący wszystko, sprawiający wrażenie, że każda porażka jest w zasadzie częścią większego planu. A do tego zgorzkniały, cyniczny, traktujący ludzi jak marionetki. W Modyfikowanym węglu dało się jeszcze taką jego konstrukcję wytłumaczyć konwencją noir, włączając w to wyjątkowo nieznośny wręcz poziom mizoginii. W przypadku jednak kontynuacji, osadzonej w innych realiach, na innej planecie oraz czerpiącej z innych konwencji o podobnym usprawiedliwieniu, nie ma już o tym mowy. Od samego początku powieści Kovacs jest nie tylko irytujący, ale również dość słabo napisany – przede wszystkim bowiem za często przestaje być bohaterem, którego przygody śledzimy, a staje się narzędziem do popychania fabuły. Kiedy potrzebna kogoś, kto wymyśli rozwiązanie – wpada na nie Takeshi. Kiedy trzeba kogoś zabić – robi to Takeshi. Wymyślić plan – ponownie robi to Takeshi. Pozostali protagoniści przez dominującą część książki po prostu za nim biegają i wykonują jego plan. Tak, to jest bohater ze specjalistycznym wyszkoleniem oraz dużym doświadczeniem, więc posiada do tego wszystkiego kompetencje. I jakkolwiek wiele wycierpiał w swoim życiu, zapewne wycierpi jeszcze w tej oraz następnych książkach – na razie się w żaden znaczący sposób nie rozwija.

Anioły może upadły, ale za to z hukiem

Pierwotnie drugi tom przygód Takeshiego Kovacsa ukazał się w 2003 roku i chociaż część zaproponowanych w powieści rozwiązań dzisiaj bardziej przypomina bajkę, to jednak starzeje się ona dość ładnie. Nowe wydanie od MAG-a zachwyca okładką (wciąż się dziwię, że wydawca nie sprzedaje plakatów z tymi ilustracjami), trochę mniej redakcją polskiego przekładu, który miejscami jest, niestety, mało zrozumiały.

Sama historia Upadłych aniołów jest wciągająca oraz odpowiednio awanturnicza, z obowiązkową refleksją na temat wojny, jej (bez)sensu oraz ludzkiej kondycji. Kovacs zabiera nas tym razem w rejony skolonizowane przez przybyszów pochodzących z innych niż jego własna, japońsko-słowiańska, kultur. Podsumowując, to powieść dobra, ale żadną miarą wybitna.

 

 

Tytuł: Upadłe anioły

Autor: Richard Morgan

Wydawnictwo: MAG

Ilość stron: 544

ISBN: 978-83-7480-908-5

Agata Włodarczyk

Agata Włodarczyk

Nie ma bio, bo szydełkuje cthulusienki.

Komentarze

  • Anna Jakubowska
    6 maja 2018 at 10:07
    Permalink

    Kovacs mierził mnie już (i to bardzo) w „Modyfikowanym węglu”. Chociaż motyw z wymową nazwiska – bezcenny 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.