Fantastyka na wesoło – przygody z Aleksandrą Rudą

Hej, Misiaki! Pewnie nie raz dopadł was dołek psychiczny, albo też najzwyczajniej w świecie chcieliście przeczytać coś, przy czym mózg nie musi pracować na najwyższych obrotach. Coś lekkiego, zabawnego, ale jednocześnie nie nudnego.

Dziś przychodzę do was z propozycją dwóch serii.

Aleksandra Ruda – czy to nazwisko wam coś mówi? Nie? To zaraz będzie!

Na początek może krótka notka biograficzna. Ruda pochodzi z Ukrainy. Jest dziennikarką. Specjalizuje się w sprawach religijnych. Obecnie studiuje w naszym pięknym kraju. U siebie znana jest z sentymentalnych opowiadań. Fanka rocka i anime, lubująca się w prozie historycznej i romantycznej. Nocami pisująca bajki.

Wracając jednak do głównego tematu tekstu, książki Aleksandry Rudej wpisują się w tytuł dzisiejszego tekstu. Chociaż autorka zaistniała w Polsce w 2010 roku, czyli już trochę wody upłynęło, jakoś niezbyt dobrze jej utwory przyjęły się u nas, gdyż Fabryka Słów opublikowała tylko dwa tomy jej cyklu Ola i Otto. O nim jednak później.

Półtora roku temu na naszym rynku pojawił się tytuł Sztylet rodowy. Książka zyskała całkiem sporą rzeszę fanów. Wystarczy spojrzeć na ocenę na Lubimy Czytać. Toż to 7,7! Przyznam szczerze, że na pewno nie zaskarbiła serca czytelników niesamowicie zmyślną historią trzymającą w napięciu czy akcją pędzącą na łeb na szyję. Jasne, nie mogę powiedzieć, że opowieść jest nudna czy wlecze się jak flaki z olejem. Owszem, mamy tu trochę zwrotów akcji czy wydarzeń trzymających w napięciu, jednak jeśliby pominąć aspekty fantastyczne, to książka byłaby po prostu typową przygodówką.

Co więc sprawiło, że Sztylet rodowy podbił serducha tak wielu książkowych maniaków?

BOHATEROWIE!

Z pozoru brzmi zwyczajnie: elf, troll, krasnolud, kapitan i dziewczyna. Jednak czy kiedykolwiek wcześniej mieliście do czynienia z długouchym z depresją, zniewolonym miłością trollem czy krasnoludem maminsynkiem, wolącym ciepłe kalesonki zamiast machania toporem? Dla dopełnienia obrazu mamy despotycznego kapitana i dziewczynę, która marzyła o pójściu na wojnę (a walczyć nie umiała ani trochę, o machaniu mieczem nie wspomniawszy!). Wyobraźcie więc sobie interakcje między bohaterami. A zresztą, co ja was będę zmuszać do wysiłku. Łapcie kilka dialogów!

***

– A co, coś go boli? – odrzekł elf nieuprzejmie, nie ruszając się ze swojego posłania.

– Dusza go boli.

– Dobrze, w takim razie amputujemy. – Uzdrowiciel siadł koło krasnoluda. – Nie płacz, Percival. Życie jest ciężkie, ale na szczęście krótkie. Niebawem umrzesz i wszystkie twoje cierpienia zostawisz za sobą. Tak więc zaciśnij zęby i wytrzymaj jeszcze troszkę.

***

– Mirik, jak możesz spokojnie spać w takiej sytuacji? On przyjedzie, zwymyśla cię, a potem…

– No i co z tego? – zdziwił się przyjaciel.

– I w ogóle cię to nie martwi? – spytałam, myśląc o tym, jak ja sama trzęsę się, gdy czekam na gniew ojca. Nigdy nie podnosił ręki na swoje dzieci, ale potrafił rzucić takim spojrzeniem i słowem, że… lepiej już by bił.

– Nie – znowu ziewnął. – Miłka, czym mam się martwić? Co ma być to będzie. Czy mojemu tyłkowi będzie lżej, jeśli ten czas spędzę na płaczu i przeżywaniu? Nie będzie. Ale za to jestem wyspany, a wieczorem, kiedy rodzice pójdą spać, znajdę kogoś, kto mnie pocieszy! Najlepszym sposobem na czekanie jest sen.

***

Potulnie milcząc leżał na dachu dopóki z niego nie zeszłam – szarpnięcie w górę przy wzlocie uldona, skręciło mi rękę w stawie barkowym, i przy upadku na krótki czas utraciłam świadomość.

Jarosław poczekał, aż jęcząc usiądę oparta plecami o skrzynię i niespodziewanie powiedział:

– Jak widzę uwielbiasz być na górze.

– Co? – zapytałam, dochodząc do wniosku, że się przesłyszałam.

– Lubisz być na górze? – spytał Wilk i nagle wybuchnął śmiechem.

– Zależy kto jest na dole – odpowiedziałam i również się roześmiałam.

***

– A ty co się tak rozkomenderowałaś? – oburzył się Daezael. – Gdzie? Gdzie jest podziękowanie za to co zrobiłem?

– Za to, że mnie uderzyłeś? Chcesz żebym była ci za to wdzięczna? Podniesienie ręki na Oświeconego podlega karze egzekucji!

– Ja podniosłem stopę – ciemność w żaden sposób nie przeszkadzała elfowi w zręcznym bandażowaniu moich pociętych palców. – I to wyłącznie dla twojego dobra. A ty… ty… Niewdzięcznica! Zachowujesz się jak zepsute dziecko! „Wszystko mi wolno, wystarczy, że będę krzyczeć”! Tylko, że ja nie jestem kochającą mamusią!

***

Ech… Zasadniczo myślałam, że podzielenie się z wami kilkoma dialogami będzie  zdecydowanie łatwiejsze. W praniu wyszło jednak, że jeśli nie chcę zdradzić zbyt wielu spoilerów, to muszę je ograniczyć lub całkowicie wywalić (moje serduszko krwawi)… A miałam kilka pikantnych cytacików…

W kwestii podsumowania cyklu Sztylet rodowy. Zasadniczo autorka zepsuła końcówkę trzeciej części i zrobiło się zbyt słodko – pierdząco, jednak całościowo muszę przyznać, że jest to z pewnością bardzo zabawna i pełna perypetii przygoda. Od drugiego tomu robi się coraz ciekawiej. Niektórzy wracają zza grobu, inni z kolei się do niego położą xd (chyba muszę już kończyć, bo mam głupawkę).  Intrygi się mnożą i pojawia się wredna teściowa rodem z kawałów ;D Z całą pewnością warto bliżej zapoznać się z Milą i szaloną drużyną Królewskich Posłów.

No dobra, to teraz na tapet weźmiemy drugi cykl autorki. Jest to Ola i Otto. Fabryka Słów wydała tylko dwa tomy historii Mistrzów Artefaktów (nad czym niezmiernie ubolewam). Na gryzoniu można znaleźć tłumaczenie trzeciej i czwartej części (rozdziały piątej Ruda dodaje bardzo niesystematycznie na litnetcie i niestety olewa pytania fanów. Grr…) Na szczęście ostatnio przykładnie zaczęła dodawać nowe części historii. Mam tylko nadzieję, że nie skopie zakończenia…

Może jednak opowiem wam, o czym jest cały cykl.  Pójdę na łatwiznę i podkradnę opis wydawniczy:

SOLIDNA PORCJA MAGII I HUMORU

Ze szczyptą lubczyku.

Nic nie jest proste, gdy pochodzisz z maleńkiej mieściny, aspirujesz do ukończenia renomowanego Uniwersytetu Nauk Magicznych, a twoje imię jest kompletnie niemagiczne.
Tymczasem…

Ola Lacha – dziewczyna o ciętym języku i wyjątkowym wdzięku – wyrasta na mistrzynię magii wykreślnej.

Trochę pieprzu, ciut mięty, sporo erotyki, wielka przyjaźń i duża łycha magii.
Z Olgą Lachą, półkrasnoludem Ottonem, uzdrowicielką Lirą, nekromantą Irgą i trollami żądnymi hardcore’owych przygód nie można się nudzić.

Z tą erotyką to jednak nie przesadzajmy…

Zasadniczo jednak nie spotkałam się wcześniej z taką bohaterką, jaką jest Ola. Z jednej strony potrafi niesamowicie wkurzyć czytelnika swoim zachowaniem, ale jakoś nie sposób jej nie polubić. Ta to ma dopiero osobowość i temperament! Wierzcie mi – talerze latają w powietrzu, i to dosłownie!

Chyba każdy chciałby mieć takiego przyjaciela jak Otto. Choć to tyran (w sensie gonienia do roboty), to zawsze można na niego liczyć i potrafi znaleźć rozwiązanie z trudnej sytuacji. Nikt nie umie sobie poradzić z Olą tak dobrze jak on. A wierzcie mi – łatwa w obsłudze to ona nie jest.

Kolejny raz Aleksandra Ruda stworzyła bardzo ciekawe postaci. Pomijając tytułowych bohaterów, jest tu jeszcze nekromanta Irga, Blondas Lim, ork Żywko (w przeciwieństwie do „klasycznego” wizerunku tego gatunku, tutaj mamy do czynienia z typowym przystojniakiem, mogącym bez problemy widnieć na okładce „Men’s Health”) czy piekielnego teścia, pod którego spojrzeniem (…) zombie kładły się z powrotem do mogiły i przysypywały same ziemią i wiele, wiele więcej.

Testosteron w niektórych momentach aż wylewa się z kart powieści (lub, jeśli być dokładnym, to kipi z czytnika xd).

Co by nie powiedzieć, Ola nie jest typową dziewczyną. Zwiała z domu, bo nie chciała spokojnego życia, zasłynęła z przemycania i handlu alkoholami i nie raz zalała się w sztok, a na dodatek uwielbia jeść oraz spać – nałogowo. Ma obsesję na punkcie wyprzedaży i kupowania nowych fatałaszków oraz podkochuje się w pewnym przystojnym nekromancie, który jest typowym lowelasem. A, zapomniałam wam powiedzieć, że przyciąga kłopoty niczym magnes (choć i to wydaje się zbyt delikatnym określeniem).

Jest tu wątek trójkącika miłosnego, który, o dziwo, nawet nie działa mi na nerwy.

Można powiedzieć, że Ola ma więcej żyć niż kot. Aż trudno zliczyć, ile razy pakowała się w kłopoty, kiedy topór dyndał nad jej głową. Cóż, zazwyczaj wpada w nie nieumyślnie.

Pewnie się domyślacie, że skoro „na pokładzie” są magowie, a już tym bardziej nekromanci, to pojawią się hordy krwiożerczych zombie. Zgadza się! Pojawia się jeszcze kilka innych mrocznych potworów. Świetne w tej historii jest to, że autorka potrafiła przedstawić mrożące krew w żyłach przygody (dobra, trochę przesadzam), doprawiając je odpowiednią dawką humoru.

To teraz kilka cytacików 😀

***

Ukochane dzieci moje! – zaczął kapłan uroczystym głosem. – Zgromadziliśmy się tutaj, aby zostać świadkami utworzenia rodziny tych dwóch dur… młodych ludzi. Wiedzcie, dzieci moje, że ta niełatwa i trudna decyzja, która przywiedzie was do ciernistej drogi nieszczęść. Będzie mieć tylko jedną okazję do szczęścia – pierwszą noc poślubną. A potem okaże się, że wasz mąż nie pamięta nie tylko daty waszego ślubu, ale także daty waszych urodzin. A żona będzie tylko w dwóch stanach zdrowia – albo będzie ją głowa bolała albo będzie miała te dni.

„Co on gada?” – poraziło mnie. Goście słuchali przemowy kapłana w niezrozumiałym milczeniu.

– A potem – ciągnął kapłan. – Pojawiają się dzieci. O, te jadowite kwiaty życia, składające się tylko z kolców…

– Ktoś mi to kiedyś powiedział – wymamrotał za mną tata.

Popatrzyłam na … (tutaj jest imię wybranka, ale wpierdzielam się ja, z korektą xd).  Jego twarz nie wyrażała już takiego zdecydowania jak wtedy, kiedy niósł mnie po schodach. Puścił moja rękę.

„Dobrze będzie, jak mnie tu zostawi” – powiedziałam.

– Wybaczcie – rzuciłam, nagle przerywając kapłanowi, przemawiającemu o małżeńskim losie z takim wyrazem twarzy jakby objawiał, że jutro będzie koniec świata. – Nie moglibyście zacząć już ceremonii? I bez waszych przemów, proszę. Bo zaraz dostaniecie po mordzie od mojego ojca i wtedy wasze wcześniejsze życie będzie wydawało wam się rajem.

Za mną ktoś cichutko krzyknął, a Bef się roześmiał.

– Za co człowieka bić? Za prawdę? – niepewnie sprzeciwił się tata.

– No to dostaniecie po mordzie ode mnie – obwieściłam upadłemu na duchu kapłanowi. – Dawajcie, przejdziemy do części „tak–tak”.

***

– Werdykt uzdrowiciela: samca trzeba wykorzystać zgodnie z jego przeznaczeniem, żeby nasycił ciało siłą i uleczył duszę od ran.

***

– Niech będzie pani miłosierna.

– Miłosierdzie we mnie zjedli zombie. Nic nie zostało. Tylko blizny.

***

– Irga – zaczął półkrasnolud. – Jesteś pewien, że właśnie dzisiaj chcesz zaprosić Olę na herbatę?

– Tak – Irga się zachmurzył. – A co, coś się stało?

– Stało się – odrzekł półkrasnolud.

– Otto – powiedziałam, odsuwając kiełbaskę. – A może byś tak nie wtrącał się w nie swoje sprawy?

– Chciałem pomóc…

– To zjedz lepiej kiełbasę.

– Obśliniłaś ją całą.

– Zapchaj się nią!

– Chyba coś przeoczyłem – skonstatował Irga.

– Wszystko – napadłam na niego. – A jeszcze się chcesz żenić!

– Ja bym cię zabił! – nie wytrzymał półkrasnolud. – I to w okrutny sposób.

– Nikt cię nie pytał! I w ogóle!

– W ogóle to znosiłem cię przez cały dzisiejszy dzień!

– Ach, znosiłeś! Znosiłeś! To znaczy, że tak ci źle spędzać czas ze swoją najlepszą przyjaciółką! Nikt mnie nie kocha!!! – zawyłam.

Opuściłam głowę na stół i rozryczałam się w głos.

– Sam sobie teraz z nią radź – powiedział półkrasnolud. – Muszę ją ścierpieć jeszcze jutro. I pojutrze. I popojutrze! Och, Ola! Przestań zawodzić! Gdzie podziałaś moją nalewkę na uspokojenie?

– Rozbiłam ją dzisiaj! Chciałam wypić i stłukłam! Spadła z szafy!

– Stłukłaś! W te dni! – krzyknął Otto. – Pomyślałaś o tym, że muszę z tobą pracować!?

– Dosyć – powiedział Irga ze spokojem. – Każdy miewa czasem złe dni.

– Zaraz mu strzelę w mordę! – zdecydowałam.

– Mordę! Popatrz lepiej na swoją gębę! – odpyskował Otto, wściekły. – Chodź no tutaj, potworze!

Nekromanta schwycił mnie zwinnym ruchem i posadził sobie na kolanach.

– Dosyć, powiedziałem. Otto, masz trzy siostry! Pora by przywyknąć do damskich dni!

– Mieszkały w żeńskiej części domu – burknął półkrasnolud. – A ja jeszcze muszę z nią pracować. Na młot i kowadło!

– Puść mnie! – szarpałam się Irdze na kolanach. Przytrzymywał mnie bez większego wysiłku.

– Przyzwyczajaj się. Pierwszy raz widzisz ją w takim stanie? – zapytał nekromanta.

– Nie – odpowiedział półkrasnolud po namyśle. – Tylko że dzisiaj jestem jakiś zły.

– Też podążasz za księżycem? – zapytałam złośliwie.

– Co??? – wściekł się. – Jak ci…

***

– А gdzie jest Irga? – zapytał mnie przyjaciel.

– W grobie.

– Pochowam go razem z tobą – ze łzami w oczach powiedział Otto.

– Przestań gadać, może jest jeszcze żywy.

– А co on robi w grobie?

– Poznaje życie swoich podopiecznych, jakby powiedzieć, od wewnątrz.

– Dziwni ludzie są z tych nekromantów.

***

 Nie budźcie we mnie zwierza, gdyż jest to chomik żarłoczny okrutnie.

***

No dobra starczy, już i tak zrobiło się podejrzanie dużo. Co jeszcze mogę powiedzieć?

Hmmm…. Polecam! (Dobra, wiem, że wyszło banalnie).

Cykl przygód o Mistrzach Artefaktów jest z całą pewnością bardziej dynamiczny niż historia Mili Kotowienko. Mamy tu więcej intryg i skomplikowanych, ale też pokręconych historii. Obie powieści zasługują jednak na waszą uwagę. Nie liczcie na książki na nie wiadomo jak wysokim poziomie. Tutaj chodzi o fun!

Jeśli więc chcecie spędzić mile czas i przy okazji pośmiać przy książce, zdecydowanie mogę polecić wam te dwa cykle.

Patrycja Jankowska

Patrycja Jankowska

Dnie spędzam z nosem w książkach (zdecydowanie nie naukowych, a powinnam, bo oddech magisterki czuję na karku), które, jak to pięknie ujęła Monika, „osnuwają mnie delikatną mgiełką literackiej przygody”. Ponoć wiedźma – z pewnością charakterologiczna! Książki, psy, siatkówkę i góry kocham całym serduchem! W wolnym czasie łażę z aparatem gdzie się tylko da i skrobię do szuflady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.